NUMER 2010 - 08
Dzień, w którym odeszli imigranci


W zeszłym tygodniu, 24 lutego, telewizja BBC1 nadała program pod tytułem „The Day The Imigrants left”. Autor – Evan Davies – postanowił sprawdzić, jak teoria, że pracownicy z Europy Centralnej i Wschodniej zabierają pracę Brytyjczykom, ma się do rzeczywistości? Przeprowadził eksperyment na żywej tkance ludzkiej - wybrano dwanaście osób, rdzennych Brytyjczyków, którzy na dwa dni mieli zastąpić emigrantów na ich stanowiskach – w restauracji z jedzeniem indyjskim, na farmie szparagów, w pakowalni ziemniaków i przy remontowaniu starych domów szykowanych pod wynajem. Akcja – miejscowość Wisbech, Cambridgeshire, niewiele ponad 20 tysięcy populacji, która wraz z otworzeniem granic po przystąpieniu nowych państw do Unii Europejskiej, przeżyła najazd pracowników z tychże; w sezonie jest ich nawet 5 tysięcy, w ciągu roku nie mniej niż dwa. Poza sprawdzeniem, czy miejscowi poradziliby sobie w pracy wykonywanej przez emigrantów i czy chcieliby ją wykonywać, zostało zadane również pytanie, jak wyglądałaby rzeczywistość w Wisbech, gdyby wszyscy imigranci z niego wyjechali?

Evan Davies nie stanął po niczyjej stronie, nam pozostawił wnioski, jak to rasowy reportażysta; wysłuchał mieszkańców, co myślą o takiej fali emigrantów, jak się w tym odnajdują (skarżyli się na długie kolejki do lekarzy i przeładowane szkoły), następnie rozmawiał z biznesmenami z tamtego terenu, zatrudniającymi imigrantów, jaki jest ich punkt widzenia? Dlaczego ‘obcy’ a nie ‘swoi’? Po czym zajął się bezrobotnymi, którzy twardo obstawali przy swoim zdaniu, że w ich własnym kraju są ograbiani z możliwości zarobkowania, gdyż miejsca pracy są im odebrane przez obcokrajowców.

Spośród 2 tysięcy bezrobotnych na tamtym terenie, wielu z nich na zasiłku od lat, jak na przykład 26-cio letni młodzieniec, od 5 lat poszukujący pracy (co nasuwa wniosek, że jeszcze przed recesją jej nie miał, czyli mógł, ale nie chciał). Ostatecznie wybrano odważną dwunastkę i wysłano do pracy. Część z nich w ogóle się nie pojawiła, jak wspomniany wyżej chłopak, który stwierdził, że wprawdzie czuje swoistą presję, żeby znaleźć pracę, ale to nie znaczy, że weźmie jakąkolwiek, jaka się napatoczy. Został wyznaczony do pakowania ziemniaków, w nowoczesnej, czystej fabryce, gdzie ziemniaki jadą na taśmie, są pakowane w worki plastikowe, po czym dwanaście tych worków ładuje się do plastikowego kontenera i jadą do sklepu. Nic skomplikowanego. Dwóch pozostałych panów, zjawiło się lekko spóźnionych, ale przecież nie będziemy się czepiać szczegółów. Jeden z nich, już przy wprowadzaniu w obowiązki, stracił cierpliwość i do brytyjskiej managerki zmiany, bardzo poirytowany stwierdził, że zupełnie nie rozumie wprowadzającego go pracownika (tamten był obcokrajowcem, ale z bardzo dobrym angielskim), potem uznał, że szybkość przesuwania taśmy została specjalnie zwiększona, żeby im utrudnić pracę (w rzeczywistości spowolnili ją na okoliczność tych dwóch początkujących), następnie nie był zadowolony, że przydzielili im Portugalczyka jako trzeciego, chciał koniecznie pracować z Brytyjczykiem. Wciąż miał żądania, a kiedy okazało się, że ponad sto kontenerów ma nieprawidłową liczbę woreczków z ziemniakami i trzeba je wszystkie dopakować, oburzyli się, że tylko ich się obwinia o nieuwagę, chociaż managerka była bardzo miła i zrzuciła tę pomyłkę na karb niełatwych początków w nowej pracy. Nie trafiało do nich, że w fabryce nigdy nie mieli takiego problemu, a ich partner przez pięć lat pracy nie miał ani jednej takiej sytuacji, czuli się urażeni, że to właśnie im zwrócono uwagę. Drugim miejscem była farma szparagów. Właściciel stwierdził, że imigrantów podziwia za to, że po 4 godzinach pracy, nabierają tempa i umiejętności wieloletnich pracowników i nie trzeba do nich dokładać, bo już pierwszego dnia wyrabiają normę (jeżeli zbieracz nie osiągnie dziennego minimum płacowego, trzeba mu dopłacić pieniądze, bo przeciw prawu byłoby zejście poniżej minimalnej płacy). Trzy osoby dostały superwajzera z Litwy. Jeden z nich strasznie się obraził, kiedy zwrócono mu uwagę, że nie może przechadzać się po polu, obowiązuje akord i jeżeli dostaje rządek, musi go porządnie ze szparagów oczyścić, bo nikt za niego nie będzie tego poprawiać. Tego dnia farmer musiał dołożyć £50 funtów z własnej kieszeni, mimo, że norma nie została wyrobiona. Trzecim miejscem była restauracja z jedzenie hinduskim, bardzo popularna, w kuchni duży ruch. Z czterech osób, które tam się pojawiły, trzy nie wróciły następnego dnia, wszyscy byli chorzy, nagle. Czwarty wprawdzie się zjawił, ale wysiadł już w porze lunchu, praktycznie opuścił swoje stanowisko pracy w najbardziej ‘busy’ momencie dnia. Zdjął fartuch i podziękował właścicielowi za współpracę, a ten wcale nie dostał herszlaku, tylko mu jeszcze coś do jedzenia zaproponował i osobiście obsłużył. Myślicie, że tamten był jakiś zażenowany czy coś w tym stylu? - nic z tych rzeczy! Stolarz, który dostał pracę przy remoncie budynków, dostał wręcz szału, kiedy mu zwrócono uwagę, że nie powinien używać pistoletu do gwoździ, tylko wkrętaka, bo tak siedzą one mocniej i cała konstrukcja na ścianie dzięki temu jest bardziej stabilna. Nie mógł się pogodzić z faktem, że jakiś obcy mu to powiedział, chociaż tamten został poproszony przez właściciela (był tam u niego majstrem) o wyrażenie opinii o pracy ‘nowego’. Ten Brytyjczyk jakoś wziął się w garść i nawet dostał po programie propozycję pracy do końca remontów. Reszta się nie sprawdziła i nie pozostawiono im wielkich nadziei na otrzymanie pracy w terminie późniejszym.

Wnioski pracodawców były takie, że gdyby nie było imigrantów, prawdopodobnie musieliby zamknąć swoje biznesy lub zmniejszyć ilość ludzi na rzecz maszyn. Farmer wręcz stwierdził, że praca siedem dni w tygodniu po wiele godzin, niezależnie jak dobrze płatna (niektórzy w najlepsze dni zarabiają £170 dziennie), nie jest dla miejscowych, gdyż są oni niezainteresowani.

Kiedy śledziłam perypetie bohaterów reportażu, jedno mi się rzuciło w oczy - nasza (imigrantów) rażąca niezgrabność i szorstkość w kontaktach z miejscowymi. To, co można by im powiedzieć łagodniej, zmniejszyć ciężar wypowiedzi, jednocześnie zachowując jej meritum, było niestety przekazane w dosyć obcesowy i ostry sposób, czasem podniesionym głosem, co każdego by raziło, a już w tak delikatnych sprawach jak „stosunki przyjezdnych z tubylcami” jest szczególnie istotne, żeby być, niezależnie od okoliczności, uprzejmym. Czasy są szczególnie trudne, my zawsze będziemy ‘stamtąd’, dobrze mieć w sobie poczucie dyplomacji i pamiętać, że w wielu wypadkach sprawdza się powiedzenie – pokorne ciele dwie matki ssie. Co nie znaczy, że mamy zginać karku, po prostu czasem lepiej więcej przemilczeć niż powiedzieć.

Kasia Hordyniec (kasia.eire@gazeta.pl)

miejsce na Twoją reklamę...