NUMER 2007-25
Wara od mojej decyzji


Oglądałam wczoraj w nocy program dokumentalny o Poznaniu’56, kiedy to pracownicy Cegielskiego, znękani złą sytuacją ekonomiczną, umęczeni pracą za marne pieniądze, wyszli na ulice żądając chleba i równości.

Przepłakałam prawie godzinę, kiedy uczestnicy tych czerwcowych zajść opowiadali o krwawym stłumieniu demonstracji, o tym, jakie mieli warunki pracy i w jakiej nędzy żyli. A straszne to były czasy, Bierut dopiero co umarł, ale zanim to się stało, zdążył wykończyć tysiące ludzi, po nim rządził Cyrankiewicz, ale Gomółka miał wkrótce nastać – indoktrynacja, wszędzie konfidenci i długie ręce partii (w tym kontekście brzmi prawie tak samo jak mafii, czyż nie?) - terror ideologiczny.
W pewnym momencie programu, goście opowiadający o tamtych zajściach zaczęli rozważać, co dla nich znaczy patriotyzm? Jeden z mężczyzn dosyć dosadnie powiedział, że patriotyzm to zostać w swoim kraju na dobre i na złe, a nie wyjeżdżać, jak teraz co drugi robi. Twierdził, że szczególnie wtedy, kiedy jest ciężko, należy zostać i pracować wytrwale i uczciwie na rozwój swojej Ojczyzny, a nie cudzej. Kiedy to usłyszałam – jakbym w pysk dostała! Moje myśli zaczęły galopować w zawrotnym tempie. W zasadzie zgadzam się „z przedmówcą”, szczególnie, że uważam, że on akurat miał prawo to powiedzieć, gdyż naprawdę walczył, żeby Polska była Polską, a nie kolejną republiką radziecką, a teraz mu pewnie serce krwawi, że ten jego trud powoli, sukcesywnie zostaje zaprzepaszczony i kraj pustoszeje, ale w tym momencie tak mnie to jakoś ubodło, tak mnie w serce dźgnęło, że aż poczułam fizyczny ból. Bo dobrze pamiętam reakcje nie-których ludzi, kiedy dowiedzieli się o naszym wyjeździe. Jak to każdy czuł się w obowiązku mnie poinformować, że to głęboko niepatriotyczne (a było to ponad pięć lat temu, wielu z nich pewnie wyemigrowało po nas), że gdyby każdy tak, to ostatni gasi światło i walka naszych przodków, z kosami na Moskala i te sprawy, nie miała sensu. Te słowa bardzo bolały, ale jakoś zdołałam wyprzeć je z pamięci, aż tu ta wypowiedź Poznaniaka (kogoś innego pewnie by mnie wcale nie obeszła). Dało mi to do myślenia. Wreszcie do tego mojego zakutego, idealistycznego, a raczej idealizującego rzeczywistość i ludzi łba dotarło, że jest teraz w Polsce taki TRYND, że powtórzę za moim ulubionym satyrykiem Jerzym Dobrowolskim, żeby emigrację ostatnich lat w czambuł potępiać. Dzień wcześniej obejrzałam „Plac Zbawiciela”, wstrząsający film Krauzego. Opowiada on historię rodziny, takiej jak tysiące jej podobnych, która w wyniku niesprzyjających okoliczności, takich, które mogłyby przydarzyć się każdemu, ulega totalnej destrukcji. Cały dzień, wykonując rutynowe czynności, myślałam o tej opowieści, przeżywałam ją w kółko i w kółko i zastanawiałam się, co musiałoby się stać, czyja pomocna dłoń uchowałaby ich przed tragedią?

Z jednej strony rodzina, która wpada w pułapkę kredytową, ofiary nieuczciwego dewelopera, niemoc wy-miaru sprawiedliwości i w konsekwencji zrujnowane niejedno życie, a z drugiej strony wielki patriotyzm, walka, duma narodowa i słowa wielkiej wagi, wypowiedziane do kamery – kto wyjeżdża nie może mówić o patriotyzmie. I zaraz nasunęła mi się trawestacja zdania wypowiedzianego przez amerykańskiego prezydenta – nie pytaj, co Polska mogła zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla Polski? Ok., nie powinnam była pytać co Kraj dla mnie, to się zastanowiłam co mogłabym uczynić dla Kraju….i zabrałam dwójkę dzieci i siebie samą, nagle bezrobotną, bo miejsce gdzie pracowałam przestało istnieć, precz z tego kraju, bo już miałam dosyć nieustannej walki o zapłacenie rachunków w terminie, a tu buty na zimę, podręczniki w cenie diamentów we wrześniu, nowa lodówka w miejsce popsutej kosztuje tyle co miesięczna pensja i wciąż jakieś nowe wydatki. No, więc postanowiłam nie przeszkadzać mojemu Krajowi w jakże ważnych sprawach, aferach, przekrętach i oszus-twach, a wszystko przeciwko swojemu Narodowi, obniżyć wskaźniki bezrobocia i odejść, jak się odchodzi od niewiernego kochanka. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy ruszyła fala emigracji do Niemiec, Skandynawii i USA, ówcześni wyjeżdżający mogli sobie przynajmniej doprawić etykietkę walki z komuną. A ja, z kim mogłabym udawać, że walczyłam – ze swoimi? Przecież mamy demokrację i wolne wybory! No to i wybrałam. Tylko ja wiem, jak bardzo to wyrwanie korzeni bolało i jaką cenę za to zapłaciłam. I wiecie co „Polacy pa-trioci jedyni słuszni”? Wara wam od mojej decyzji.



Kasia Hordyniec

miejsce na Twoją reklamę...